piątek, 26 sierpnia 2016
Nowy Jork czyli w końcu Ameryka!

Dzień 14/15.

 

Lądując rano w Nowym Jorku widzę przez okno wschodzące słońce nad Manhatanem, wow-tylko to przychodzi mi na myśl, setki obejrzanych filmów, ktorych akcje rozgrywają się w tym mieście, setki marzeń w których pije kawę na Times Squere czy przymierzam buty od Louboutina na Fifth Avenue. W końcu dotarłam do miasta, dzięki któremu Stany tak mnie zafascynowały, ponoć NYC można albo kochać albo nienawidzić, ja pokochałam i na pewno kiedyś tu wrócę, nie do L.A, nie do SF, nie do Vegas, nawet nie na Hawaje, ale do Nowego Jorku, miasta, które dotychczas znałam tylko z filmów, a gdy postawiłam tam swoją stopę wiedziałam, że to miasto dla mnie.

***

 

Po wylądowaniu, dotarcie do hotelu okazało się nie lada wyczynem, koszt taksówki między lotniskiem Newark to ok 70$, postanowiłyśmy podjechać pociągiem 12$ na Manhattan a potem taksówką do hotelu Howard Johnson, który znajdował się w China Town.

Nowy Jork jest ogromny, mieszka w nim 8 491 079 osób (Warszawa-1 744 351)

oraz dzieli się na Manhattan, Brooklyn, Bronx, Queen i Staten Island.

Z racji tego, że meldunek był popołudniu zostawiłyśmy bagaże i pojechałyśmy metrem zobaczyć miasto, jak, że mamy ty tylko 5 dni (w tym 2-dniowy) wypad na Niagarę, czasu jest nie wiele. Zaczynamy od spaceru po Wall Street, wieżowce tam zasłaniają świat, czułam się trochę jak w Antylope Canyon gdzie szłam przez wąski kanion patrząc w górę aby dostrzec trochę świata, z jednej strony przerażające ale z drugiej ciekawe.

Podjeżdżamy w miejsce, które zna cały świat z 11.września 2001. Dzisiaj są w tym miejscu dwa duże pomniki z wygrawerowanymi nazwiskami wszystkich osób, które zginęły tamtego dnia, na prawdę smutne miejsce.

 

***

Tego dnia podziwiamy również widoki na Manhattan i Brooklyn Bridge oraz Statuę Wolności.

Jesteśmy wykończone więc wracamy do hotelu na krótką drzemkę, kolejna zmiana czasu i nie przespana noc w samolocie odbija się na nas i walczymy ze sobą czy naprawdę chcemy wstać z łóżka. Jednak chęć poznania miasta jest silniejsza i decydujemy się na powrót metrem do centrum a tym razem na Times Square, bierzemy mapę miasta i mapę metra i ruszamy w drogę.

***

Z pomocą mapy oraz przechodniów docieramy do Times Squere, trochę inaczej wyobrażałam sobie to miejsce, ale kompletnie mnie nie rozczarowało, serce Manhattanu tętniło życiem, mnóstwo bilbordów, świateł, ludzi.

***

Niestety czas nas goni dlatego postanawiam obejrzeć zachód słońca z najwyższego punktu w tym mieście Empire State building. Cena wjazdu niestety jest wysoka 32$ ale widok rekompensuje nam tą sumkę. Zostajemy tam do zachodu słońca, potem po ciemku wracamy metrem do hotelu.

***


***

To co mnie zaskoczyło wracając wieczorem do hotelu to szczury! Było ich naprawdę dużo, w całym swoim życiu widziałam może dwa szczury, a tam w dwa wieczory widziałam ok 7. Dziwne, że tak duże miasto nie radzi sobie z nimi, ale ludzie sami są sobie winni, bo wystawiają worki na ulice z resztkami jedzenia co przyciąga je jeszcze bardziej. Wracamy do hotelu i idziemy spać, zmiana czasu jest bardzo odczuwalna i w ciągu kilku dni ciężko jest co chwilę się przestawiać.

 

Dzień 16.

Po ciężkiej nocy, wstałyśmy nie wypoczęte, nie mogłyśmy zasnąć. Rano, po zjedzeniu śniadania (tosty z dżemem ) poszłyśmy dalej spać, na miasto wyszłyśmy dopiero ok 13:00, mimo straty połowy dnia, chęć spania była silniejsza od nas. Pojechałyśmy prosto na 5av, długa ulica z sklepami markowymi Gucci, Prada, LV. Zaszłyśmy tylko do 4 piętrowego Hilfigera, ale nic nie kupiłyśmy mimo, iż ceny trochę niższe niż w Europie. Zacięcie szukałam hotelu z mojego ulubionego filmu „Gossip Girl”, gdzie mieszkała główna bohaterka Serena Van der Woodsen, hotel Palace. Z pomocą „lokalsów” udało mi się tam dotrzeć i zrobić sobie zdjęcie na zewnątrz oraz w środku, gdzie panował niesamowity przepych.

***

Po odhaczeniu tej części programu poszłyśmy jeszcze do hotelu, gdzie nagrywano „Kevin sam w Nowym Jorku”, a potem do Central Parku. Park ogromny, przejście przez niego zajęłoby nam godziny... Dlatego byłyśmy tam tylko chwilę.

***

Niestety czas nas gonił i zawitałyśmy tam tylko na chwilę, po czym udało mi się odnaleźć hotel Empire (również z filmu Plotkara), jedna fotka i ruszyłyśmy na prom aby przepłynąć się koło Statuy Wolności, jest możliwość popłynięcia płatnym promem bliżej Statuy za ok 20$ oraz darmowym, który płynie na wyspę. Wybrałyśmy darmowy, ale widoczność była kiepska.

***

***

Po powrocie, krótka wizyta w Subway-u po kanapki i ruszyłyśmy w stronę hotelu. Chciałyśmy iść jeszcze na most Brookliński ale było już późno, a następnego dnia rano jechałyśmy na Niagarę.

 

Dzień 17.

 

Ruszyłyśmy z Chinatown razem z innymi chińczykami na Niagarę, dziewczyny siedziały razem a ja razem z jakimś Chińczykiem, który cały drogę oglądał jakieś tandetne filmiki chińskie przy czym śmiał się na całego.

Dlaczego nie sprawdziłam przed wyjazdem jaka jest odległość między Nowym Niagarą? Co mi strzeliło w głowy? 700 km, z postojami i zwiedzaniem jakiegoś parku zajęło nam to 8 h! Byłam wściekła, dziewczyny chyba też, bo Nowy Jork ma na prawdę dużo do zaoferowania i nie traciłybyśmy tyle czasu w autobusie.

A jak sama Niagara? No ujdzie, wodospad potężny, ładny ale na pewno zamieniłabym ten widok na jeszcze jeden dzień w NY. Zawieźli nas na punkt widokowy a później do hotelu. Na następny dzień od rana siedziałyśmy w tym jednym punkcie widokowym, no fajnie, ale ile można patrzeć na ten wodospad? A pomyśleć, że mogłybyśmy w tym czasie pojechać na Brooklyn, Bronx czy Quenns, których i tak nie zdążymy już zobaczyć. Ok 12:00 zaczęliśmy wracać do NY, 8h, kolejny dzień zmarnowany.

***

***

Dojechałyśmy na 20:00, zmęczone postanowiłyśmy nie poddawać się i zobaczyć przynajmniej Brooklyn Bridge nocą, a noc oznacza tylko jedno- szczury.

Znaleźć wejście na most nie było łatwe, ale oczywiście pomogli lokalsi. Na moście było sporo ludzi, którzy spacerowali i podziwiali widoki. Czytałam, że najlepiej przejść most i nie odwracać się, dopiero na końcu aby zachwycić się nocną panoramą na Manhattan, tak też zrobiłyśmy i było warto. Widok wieżowców, mieniących się tysiącami świateł był naprawdę nieziemski. Stałyśmy wpatrzone w ten krajobraz i każda z nas chciała tam zostać.

 

To był ten moment w którym zakochałyśmy się w tym mieście, mimo milionów ludzi, szczurów na ulicach, wieżowców aż po niebo, ten widok wynagradzał wszystko. Ponoć Nowy Jork albo się kocha albo nienawidzi? Ja pokochałam i wiem, że w odróżnieniu do innych miast, tu na pewno wrócę.

 

Dzień 18.

Tu nasza przygoda się kończy. Ze łzami w oczach ruszamy na lotnisko. To była piękna przygoda. Widziałyśmy wspaniałe miejsca, Zachwycałyśmy się miastem Aniołów, patrzałyśmy z zapartym tchem na napis Hollywood, tańczyłyśmy w Vegas, opalałyśmy się na Hawajach, podziwiałyśmy panoramę NY z Empire.

 

 

PODSUMOWANIE

 

Przemierzyłyśmy 35 tys km, spędziłyśmy w samolocie 34h w samolocie aby spełnić swój amerykański sen. I muszę powiedzieć, że było warto. Cudowne 21 dni, ze wspaniałymi osobami, cudowne krajobrazy i wspaniała przygoda.

Dziękuję wam dziewczyny za tą podróż, bo była najwspanialszą przygodą w moim życiu, nie żałuje ani minuty spędzonej na tym tripie ( no może prócz Niagary ;) ).

Mam nadzieję, że w naszych myślach zawsze będziemy wracać do tego wyjazdu, bo

TAKIE CHWILE JAK TE, NIE ZDARZAJĄ SIĘ ZBYT CZĘSTO!

 

XOXO


 

Ocena wyjazdu: 11/10!!!!

19:18, patilove89 , USA
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2016
Cześć, dzień dobry i kocham Cię-czyli Aloha z Honolulu cz.4

Dzień 12-16.

Siedząc wygodnie w fotelu zastanawiasz się co jest po drugiej stronie kuli ziemskiej. Wiedziesz spokojne życie, wracasz z pracy oglądasz telewizor a gdzieś po drugiej stronie świata właśnie wstaje słońce a biodra bujają się w rytmie Hula.  

12 tys km od Polski, gdzieś na Pacyfiku leżą wyspy gdzie woda łączy się z górami, gdzie zieleń jest najpiękniejszym kolorem, gdzie turkus wody bije po oczach a rano wita Cię szeroki uśmiech rodowitego mieszkańca wyspy. Hawaje.

***

Gdy samolot wzbił się w powietrze, wiedziałam, że za 5h będę w miejscu, o którym nie śniłam w najskrytszych snach, gdy koła samolotu dotknęły pasa na lotnisku w Honolulu, patrząc przez małe okienko zastanawiałam się jak będzie wyglądał świat z drugiego strony globu. 

5 dni na relaks, wypoczynek oraz zobaczenie tego co daje wyspa.

Check in mieliśmy dopiero od 15, więc skorzystaliśmy z czasu wolnego i pojechaliśmy do Pearl Harbor. Niestety to co najciekawsze jest nie dostępne dla turystów, a każda atrakcja typu łódź podwodna jest dodatkowo płatna.

***

Hotel mieliśmy blisko plaży, wieczorny spacer i chowające się słońce za horyzontem.

Na drugi dzień jeżdziłyśmy trochę po wyspie, odwiedzaliśmy urocze miejsca z nieziemskim widokiem, plaże, miejsca nagrania takich filmów jak Lost czy Jurastik Park. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie raz piękne słońce raz deszczyk. Pogoda na wyspie była bardzo dziwna, nad połową wyspy (na szczęście nad plażą) było cały czas słońce, natomiast nad górami wisiały ciężkie, ciemne chmury.

***

***

Do hotelu wróciłyśmy po południu. Nie mieliśmy wykupionych posiłków, więc stołowałyśmy się głównie w Walmarkcie lub Subway-u.  

Trzeci dzień na Hawajach, to totalny chill out, plażowanie i kąpiele. Ceny leżaków przeszłe same siebie więc leżałyśmy na ręcznikach na piasku.


***

Tego było mi trzeba po intensywnym zwiedzaniu dzikiego zachodu. Wieczorny spacer po sklepach, knajpkach, kupowanie pamiątek. Oczywiście ulica z światowymi markami Prada, Gucci, Chanel, panowie otwierający drzwi i kłaniający się myśląc, że kupisz torebkę za 10tys. Centrum Honolulu tętni nocnym życiem. 

Razem z A. postanowiłyśmy wybrać się na wycieczkę do centrum kultury Polinezji (ok 100$).

Centrum Polinezji to kultury wysp, które wchodzą w skład Polinezji Francuskiej, takie jak Samoa, Tahiti,Fidżi, Hawaje, Markizy, Tonga. W każdej wiosce tematycznej grupa studentów pochodząca z wysp, prezentuje "kawałek" swojej kultury. Najczęściej poprzez muzykę lub taniec. Teren parku był na prawdę wielki, chodziłyśmy z mapą a obejście całego parku i obejrzenie wszystkich atrakcji zajęło nam cały dzień. W cenie miałyśmy także lunch, oj jak dobrze było zjeść ryż i kurczaka po tylu dniach żywienia się w fast foodach.

***

Na podsumowanie pobytu był wieczorny show, który trwał ok 1,5h. Show naprawdę zjawiskowe, studenci włożyli wiele trudu w przygotowanie go. Niestety nie można było robić zdjęć. Do hotelu wróciłyśmy ok godziny 22:00. Na następny dzień pakowanie i droga na lotnisko, został nam ostatni punkt naszej drogi- Nowy Jork.

 

Hawaje zrobiły na mnie wrażenie, widoki, plaże, zieleń były niesamowite. Będąc na końcu świata czułam się jak w domu, mogłabym tam zostać i co świt budzić się patrząc na zielone wzgórza. Choć za raj uważam Malediwy, Hawaje zapamiętam na długo, każde miejsce i każdy widok tam schowałam gdzieś na dnie mojego serca, aby kiedyś usiąść w bujanym fotelu i powiedzieć 

TAK...byłam na końcu świata.

 

Ocena: 10/10

21:54, patilove89 , USA
Link Komentarze (2) »
środa, 10 sierpnia 2016
Po Vegas już nic nie wygląda tak samo cz.3

Dzień 9.

Z wielkim smutkiem opuszczamy miasto grzechu, czas jechać dalej, po cichu cieszę się jednak, że wyjazd z Vegas nie oznacza końca naszej podróży, tak to podróż życia, podróż na którą czekałam wiele lat, już w podstawówce po obejrzeniu „Dogonić marzenia”, chciałam tak jak bohaterki dogonić swoje marzenia i wybrać się do USA i czas ten nadszedł właśnie teraz.

Wyjazd z Las Vegas oznaczał kolejny park do zwiedzenia, tym razem miejsce, o którym „piekło” mówi się nie bez powodu. Temperatury, które tam panują sięgają 50'C- Dolina Śmierci. Potężne pasmo górskie z pustynnym terenem. Miejsce to nie jest szczytem marzeń do zwiedzania, ponieważ przez temperaturę, zwiedzanie dłużej niż 15 min to udręka. Oh jak dobrze mieć auto z klimatyzacją.

***

***

Po objechaniu Death Valley jedziemy do Bakerfield, gdzie będziemy nocować Laquinta. Mała miejscowość gdzie na spacer nie miałam już siły. Upał i podróż wykończyła mnie, relaks w basenie i sen. Dziewczyny zebrały się jeszcze aby iść na miasto, ja tym razem odpuściłam.

 

 

Dzień 10.

Kolejny dzień i kolejna trasa. Jedziemy w stronę San Francisco. Po drodze mamy zachaczyć park Sekwoi, park oczywiście ogromny, jedziemy długo stromymi ulicami aby dojechać do Visitor Center. Tam parkujemy i oglądamy ogromne drzewa. Spacerujemy po parku. Choć nie specjalnie interesują mnie takie parki, ogrom drzew robił na prawdę wrażenie. Choć gdybym mogła pominęła bym tą atrakcję. Odległości są tak duże, że nie raz traci się cały dzień aby przemieścić się z miasta do miasta lub z atrakcji do atrakcji.


Dojeżdżamy o miejscowości Readwood do hotelu Good Nite Inn. Standard hoteli mamy na przełomie od 2 do 4*. W każdym hostelu/hotelu jest darmowy internet, kawa, herbata, nie kiedy w cenie noclegu mamy śniadanie, które najczęściej składa się z gofrów lub tostów z dżemem, wszystko na słodko.

 


Dzień 11.

Dojeżdżamy do San Francisco. Po gorących dniach w L.A, upalnych w Las Vegas, czeka na nas kubeł zimnej wody w SF. 15'C zaraz po 50'C w Dolinie Śmierci było odczuwalne jak środek zimy;)

Już na wjeżdzie tłumy bezdomnych rzucają się w oczy. By spacerować po tym mieście trzeba mieć naprawdę dobrą kondycję. Zwiedzamy to co w SF trzeba zobaczyć czyli Lombard Street, rzut okiem na Alkatraz (uwaga radzę rezerwować bilety do Alkatraz z miesięcznym wyprzedzeniem, my tego nie zrobiliśmy i na miejscu można było wykupić taką wycieczkę za 100$ i to tylko w jednym biurze, nigdzie więcej nie było miejsc, cena w internecie -40$), Miasto takie sobie, nie zrobiło nic na mnie szczególnego wrażenia, no może Golden Gate, most fakt- zdecydowany symbol miasta.

***

***

***

Czas umiliłyśmy sobie pobytem w domu strachu i to był dom strachu z prawdziwego zdarzenia, nigdy w żadnym domu strachu tak się nie bałam :) Nie pamiętam nazwy tego domu strachu ale obok było muzeum figur woskowych Madame Tussaud, w którym też byłyśmy.

Jak na muzeum figur woskowych, których zazwyczaj nie lubię odwiedzać, tam na prawdę było fajnie, przy każdej osobie były gadżety do przebrania się i zrobienia zdjęcia. Po długim dniu wracamy do hotelu (ok 40km) daleko, ale ceny noclegów w SF są naprawdę wysokie.

***


Tu kończy się nasza podróż po zachodnim wybrzeżu USA. 11 dni niesamowitych dni, atrakcji, spontanów, parków, wspaniałe towarzystwo sprawiło, że podróż nie była męką, była przyjemnością, o jak się ciszyłam, że na drugi dzień jadąc na lotnisko, nie będę szukać Gate-u z samolotem do Warszawy, ale do Honolulu.

Tak, lecimy na koniec świata, lecimy na HAWAJE!

19:56, patilove89 , USA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 lipca 2016
Vegas...miasto grzechu. cz.2

***

***

 

W Vegas kwaterujemy się w przyjemnym hotelu z wielkim kasynem Silver Seven.

Czego spodziewać się po mieście, które nigdy nie śpi? (Tu przypomniał mi się film Kac Vegas).

Las Vegas dzieli się na dwie strefy rozrywki :) Downtown (stare Vegas) i Nowe Vegas(deptak z licznymi rozrywkami).

Sceptycznie nastawione do tej części miasta, zaczęłyśmy od Downtown.

Cóż, moja mina już po 5 minutach przebywania w tym miejscu, mówiła sama za siebie.

Co tam się działo!! Ludzie, muzyka na żywo, atrakcje, kasyna. Nie wiem jak to się stało ale w jednej chwili całe zmęczenie uszło w zapomnienie, miałyśmy tyle energii, chciało się śpiewać, skakać, tańczyć. Po prostu niesamowite miejsce, zrobiło na mnie (na nas) duże wrażenie.


Downtown

***

Chciałam tam zostać i tańczyć całą noc, niestety M. Źle się poczuła i wróciłyśmy do hotelu.

 

Drugi dzień był trochę spokojniejszy, z racji temperatur, które tam panowały, w dzień absolutnie nie dało się gdziekolwiek wyjść więc czas spędziłyśmy leżąc nad basenem lub w kasynie. Niestety po licznych próbach nie udało nam się wygrać więcej niż 2$.


***

Wieczorem mieliśmy odwiedzić Nowe Vegas. Pojechaliśmy tam już późnym popołudniem, gdy słońce chowało się za hotelami. I muszę powiedzieć, że się rozczarowałam. Po prostu w porównaniu do starej części miasta, wypadało nieco słabo, dlaczego? Nowe Vegas to ulica z licznymi hotelami, knajpkami, ulicznymi artystami, ale wszystko rozciągnięte jest na parę kilometrów, natomiast w downtown wszystko jest w jednym miejscu, wpuszczane jest świerze, chłodne powietrze, wszystko znajduję się pod „dachem”, który również stanowi telebim.

W tą część miasta mieliśmy wrócić późnym wieczorem, ponieważ na 21:00 miałyśmy zaplanowaną specjalną, nieplanowaną atrakcję.

Atrakcje, która wydobyła pierwszy raz w tej podróży łzy w moich oczach.

Lot helikopterem nad Vegas...

Na lotnisko przybyłyśmy ok 20min wcześniej, pytali nas o wagę aby właściwie rozplanować nasze miejsca w helikopterze. Ja z M. Siedziałyśmy obok pilota, a A.siedziała za nami.

Gdy wsiadłyśmy do helikoptera, nałożyłyśmy słuchawki na uszy, pilot kazał zapiać pasy.

Śmigło zaczęło się kręcić i powoli maszyna oderwała się od ziemi. Poczułam stan nieważkości, zawisnęłyśmy w powietrzu. Po paru sekundach uniósł się w górę, a przed nami ukazała się nocna panorama Vegas. Coś pięknego! Łzy zakręciły mi się w oczach! Jak pięknie! Pierwszy lot helikopterem i to w takim miejscu. Nie mogłam się napatrzeć, światła lamp, telebimów, hoteli mieniły się różnymi barwami, pilot pokazywał nam różne atrakcje z góry. To było jak sen, sen, o który się spełnił.


***

***

Po tych przeżyciach nie tylko ja nie mogłam dojść do siebie, dziewczyny także były zachwycone. Pojechałyśmy jeszcze raz na Nowe Vegas aby raz jeszcze przejść się tą ulicą, byłam zmęczona, bolały mnie nogi i oczy same się zamykały, za dużo wrażeń.


Nowe Vegas

***

Wróciłyśmy do hotelu, przed nami ostatni dzień w Vegas, i stwierdziłyśmy jednogłośnie, że wracamy na downtown, tam gdzie jest magia.


***

Następnego dnia, to co poprzedniego-basen, na dworze 45st, przy basenie tak gorąco, że parzy dosłownie wszystko, leżak, klapki a nawet ręcznik. Po południu był w planach wjazd na wieżą w Vegas Stratosfere, ale zostałyśmy ją zamkniętą z powodu złej pogody. Dzielnie czekamy do wieczora i wracamy w najlepszą część miasta.

I znów niesamowita energia, taniec, śpiewy-istne szaleństwo! Następnego dnia pakujemy się i żegnamy się z Vegas. Jedziemy do Doliny Śmierci.

 

Krótkie podsumowanie Vegas, miasto niesamowite, tętniące życiem, ale nie oszukujmy się bez dużej gotówki nie ma co zostawać w Vegas na dłużej niż 3 dni, wieczna impreza, kiedyś się nudzi, i choć nie żałuję tych 3 dni w Vegas, było dużo do zobaczenia i dużo do robienia, jednak, cieszyłam się, że jedziemy dalej, bo tyle jeszcze przed nami :)

21:46, patilove89 , USA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2016
Amerykański sen cz.1

My trzy i Ameryka. 21 dni Los Angeles, Las Vegas, San Francisco, Hawaje, Nowy York.

 

Dzień 1 Los Angeles, miasto aniołów.

 

Po 12-godzinnym locie z Monachium do L.A, byłyśmy wykończone. Przywitało nas piękne słońce i wysoka temperatura.

9-cio godzinna różnica czasu sprawiała, że czułam się nie do końca komfortowo, ale halo jestem w L.A!

Na lotnisku długie kolejki do maszyn, które przypominały nasze polskie bankomaty, tam na monitorach trzeba było odpowiedzieć na pytania typu czy przewozi się żywność, owoce, warzywa, jeśli odpowie się, że nie a w bagażu znajdą choćby jedno jabłko zapłaci się karę. Później maszyna robi zdjęcie i idzie się do celników, którzy decydują czy wpuszczą Cię czy nie. Byli bardzo mili i nie zauważyłam aby komukolwiek robili jakiś problem.

Los Angeles jest miastem ogromnym, w centrum zdarzają się, że jest po 5 pasów, komunikacja jest bardzo słaba, więc każdy jeździ samochodem przez co robią się duże korki.

Zakwaterowaliśmy się w hotelu Inn Travel w dzielnicy meksykańskiej, toż to dopiero był Meksyk! Handel na ulicach, bezdomni śpiący w namiotach rozłożonych na środku chodnika.

Wieczorem wybraliśmy się na długi spacer a potem poszłyśmy spać, aby następnego dnia przywitać się z Ameryką.

 

 

Dzień 2 Universal Studio czyli wszystko w jednym.

 

Universal studio to jeden z większych parków rozrywki w tych rejonie, co tam się znajduje?

Prze najróżniejsze atrakcje, ogromne studio filmowe, świat Harrego Pottera, Jurassic Park, Transformers, Mimionki, Simsonowie, Shrek i wiele innych.

Najbardziej podobało nam się u Harrego. Wybudowany Hogwart robił wrażenie, ulice ze sklepami takie jak w filmie i główna atrakcja forbidden journey of Harry Potter, coś niesamowitego! Wsiadało się do kolejki, nakładało okulary 3D i wybierało się w magiczną podróż z Harrym. Po tej przejażdżce jestem pełna podziwu dla pomysłodawców tego projektu.Wszystko było tak dopracowane, że miało się wrażenie iż leci się na miotle razem z Harrym.

Park rozrywki jest bardzo duży, także aby zwiedzić wszystko trzeba zarezerwować sobie cały dzień. Niestety kolejki do atrakcji również są duże i gdzieniegdzie czeka się na atrakcje od 15 do 40 min.

Na drugim miejscu podobało mi się studio filmowe, gdzie autobusikiem jeździ się po obszarze zagospodarowanym pod plan filmowy, i tu katastrofy lotnicze, statków, rozwalone domy po trzęsieniu ziemi. Co jakiś czas wjeżdżało się do ciemnego magazynu, nakładało okulary 3D i odbywało się podróż filmową, ujęcia z planu Szybcy i wściekli, Godzilla, Kości. Ciężko to opisać ale naprawdę warto to zobaczyć.

Universal Studio to jedna z fajniejszych atrakcji w L.A.

***

 

studio filmowe

***

Hogwart

***

 

Dzień 3. Pożegnanie z L.A

 

W dzień trzeci wybraliśmy się do Hollywood, deptak z gwiazdami, liczni przebierańcy na ulicach, bardzo pozytywna atmosfera,na alei gwiazd znajdował się teatr chiński (miejsce rozdania Oskarów 2016), przyjechaliśmy również po ulicach Beverly Hill, dzielnica tych najbogatszych. Domy nie sprawiały jakiegoś dużego wrażenia, ale za to samochody na podjazdach tak.

***

Alan Kac Vegas

***

***

Ostatnim punktem tego dnia był napis Hollywood na wzgórzu. Staraliśmy się podjechać jak najbliżej aby pstryknąć kilka fotek.

 

W godzinach popołudniowych udaliśmy się w stronę miejscowości Laughlin do której zajechaliśmy wieczorem.

Powoli zmierzaliśmy w stronę parków narodowych. W chcieliśmy zobaczyć Grand Canyon, Bryce, Zion,Death Valley tzw. Dolinę śmierci oraz Antylope.

 

W miejscowości Laughlin, gdzie jedliśmy obiad(In&Out)

 

 

było tak gorąco, że oprócz basenu nie widziałyśmy nic. Upały w Egipcie to nic w porównaniu z temperaturą w tej okolicy.

Wieczorny relaks na basenie i w kasynach pozwolił nam naładować baterie na kolejne dni.

Dzień 4. From Nevada to Arizona. Czyli dziki zachód i Route 66.

 

Być w Stanach i nie przyjechać się historyczną Route 66 to jak byś w Rzymie i nie widzieć papieża.

Droga ta została otwarta 1926 r i wynosi aż 3939 km od Los Angeles po Chicago. Niestety nasz odcinek nie był aż taki długi. Po drodze zatrzymywaliśmy się aby uchwycić na zdjęciach liczne stacje benzynowe oraz sklepiki, które są częścią historii drogi. Miejsca niczym z westernów. Po drodze mijamy miejscowości Kingman i Selegma gdzie jedliśmy obiad. Nie pamiętam co ale na pewno był to fast food.


***

***

Nasza podróż odbywała się w stronę jednego z najpiękniejszych parków w USA, chodzi oczywiście o Wielki Kanion (Grand Canyon). Po drodze niestety utknęliśmy w korku na 2h z powodu pożaru aut przed nami. Z powodu wysokich temperatur pożary aut oraz pęknięte opony są często spotykane w tych rejonach.

 

 

Grand Canyon.

 

Do Wielkiego Kanionu dotarliśmy w godzinach popołudniowych. Nie jest to tylko jeden z najpiękniejszych parków ale również jeden z najstarszych a powierzchnia tego parku to aż 4 926,66 km² .

Po parku jeździ się autobusem, który zatrzymuje się w punktach widokowych,

pamiętam tą chwilę gdy zobaczyłam kanion, po raz pierwszy, zapiera dech w piersiach! Jego ogrom jest niesamowity i ta przestrzeń. Gdy widzi się taki cud natury, człowiek zastanawia się ile pięknych miejsc jest na świecie i ile się jeszcze nie widziało.

Jeździłyśmy autobusem co raz wysiadając na przystankach i robiąc zdjęcia, przez korek w którym straciliśmy dużo czasu, do zachodu słońca nie zostało nam więc za wiele. Spiesząc się, aby zobaczyć jak najwięcej nie było czasu na dłuższy postój, a szkoda.

Usiadłabym tam na skale, popatrzyła w tą przestrzeń i marzyła, marzyła o tym żeby zobaczyć jak najwięcej takich pięknych miejsc jak to.

Dzisiejszy nocleg w hotelu Super 8. Odpoczynek. Sen.

 

***

***

***

Dzień 5. Od meczu aż po Wallmarkt.

 

Dzień zaczęłyśmy od obejrzeniu meczu Polska-Szwajcaria, u nas 6:00 rano, w Polsce ok 15:00.

Jesteśmy w Arizonie, już sama nie wiem, która jest godzina, jemy amerykańskie śniadanie czyt. Gofry i tosty z dżemem przy czym kibicujemy naszym razem z Amerykanami, którzy przyłączyli się do oglądania.

Dzisiejszego dnia przekraczamy kolejny stan, jedziemy do Utah (ok 350km).

Po drodze zahaczamy o Horseshoe Brand w Page, przed moimi oczami wyłoniła się wspaniała podkowa, widok był niesamowity! Na dole widać było statki małe jak mróweczki.

Przed wejściem należy zaopatrzyć się w wodę, z powodu wysokim temperatur i gorącego piasku, należało by również mieć kryte obuwie.

W drodze powrotnej niestety nie czułam się za dobrze, wysoka temperatura przypominała o sobie i robiło się słabo, ale widok na podkowę i rzekę Kolorado był tego wart.

***

Następny punkt programu był długo przeze mnie wyczekiwany, o Kanionie Antylopy marzyłam od kąd obejrzałam teledysk Britney Spears to piosenki „I'm not a girl”. Przejście przez Kanion wymagało skutecznego przeciskania się przez różne skały. Niekiedy przejścia były naprawdę wąskie.

 

***

Kanion dzieli się na dwie części Kanion górny i dolny (Upper Antelope Canyon i Lower Antelope Canyon. My wybraliśmy się na mniej popularny i tańszy Lower. Po szlaku idzie się z przewodnikiem, który prowadzi i pokazuje ciekawe miejsca. Do Kanionu schodziło się w dół po schodach, obecność przewodnika jest obowiązkowa również dlatego, gdyż w razie deszczu, może on szybko ewakuować z niego ludzi.

W drodze do hotelu zatrzymaliśmy się w popularnych markecie Walmarkt i tam zrobiliśmy zakupy. Ceny w markecie nie były wygórowane, oczywiście jak ktoś przelicza dolary na złotówki to będzie drogo. W przeliczeniu ceny podobne do naszych ale w ich walucie.

Nocleg w hotelu Aikens w miejscowości Kanap w stanie Utah.

 

Dzień 6.

 

Wybieramy się do kolejnego stanu, jakim jest Nevada. Po drodze krótkie postoje przy Rad Canyon, zdjęcia, oraz dalsza podróż w stronę parków.

***

Tym razem odwiedzamy dwa znane w Stanach parki Bryce i Zion. Na pierwszych ogień poszedł park Bryce, który znajduje się 2500 m n.p.m. Park chrakteryzuję się różnymi formacjami skalnymi w różnych kolorach. Widoki piękne lecz w porównaniu do Grand Canyonu nie wypada tak rewelacyjnie.

***

Zatrzymujemy się w punktach widokowych, podziwiamy kolejny cud natury.

Park Zion natomiast różnił się od poprzedniego parku. Na terenie jego znajdują się liczne urwiska skalne, wodospady oraz rzeki.


Piękność parków totalnie mnie zachwycają, ciężko wyobrazić sobię, że natura stworzyła coś tak pięknego.

Po zwiedzeniu dwóch parków ruszamy w miejsce, na które wszystkie czekamy, miasto, które przez swoje atrakcje przeszło już do historii i miasto, które nigdy nie śpi.

 

Welcome to Vegas....

 

 

21:08, patilove89 , USA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lipca 2016
American Dream czyli jak spełniłam swoje marzenie.

                

                    

 

Od zawsze marzyłam o Stanach, co mnie powstrzymywało? Do swojej podróży marzeń chciałam się przygotować. Odkładałam ją tylko po to aby umocnić się w przekonaniu, że bardzo chcę tam jechać.

Czy w Ameryce jest na prawdę tak jak widzimy w telewizji? Co urzekło mnie, co pokochałam, a gdzie nie chce wracać.

Przez 21 dni była radość, był zachwyt, łzy szczęścia i rozczarowania.

Ogromny kraj, piękne parki narodowe, miasta oraz atrakcje, które są warte każdego wydanego dolara.

Nie załowałam na nic, bo nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek udam się w podróż z Harrym Potterem w Hollywood, polecę helikopterem nad Vegas, poleżę na plaży na Hawajach czy obejrze panoramę Nowego Jorku z Empire.

Emocje towarzyszące podczas podróży są „bezcenne”,

My, trzy dziewczyny w Ameryce i przygoda, którą zapamiętamy do końca życia.

 

I dzisiaj mogę powiedzieć,

 

spełniłam swoje marzenie i wiem, że to jeszcze nie koniec.

 

Więc jak to powiedział Mark Twain

 

 

Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj

 

IMG_3765

 

Tagi: USA
19:51, patilove89 , .Podróż
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 października 2015
To jak z tą wizą?

Oprócz planowanej podróży poślubnej, planuje swój wyjazd życia.

Dlaczego to akurat Stany?

Może za dużo się filmów się naoglądałam, może wcale nie jest tak fajnie, a jednak chce jechać. 

Las Vegas, Kaniony, L.A, San francisco, Hawaje, Nowy Jork to właśnie chcę zobaczyć.

A teraz już mogę, dostałam wizę.

A jak to wszystko wygląda?

Składa się w wniosek przez internet dosyć czasochłonny więc powinno się zarezerwować więcej czasu na jego wypełnienie, mi i A. zajęło chyba 2 h ;) pytań jest masa, po co jedziesz, gdzie jedziesz, gdzie się zatrzymasz, czy masz w Stanach rodzinę, czy studjujesz, gdzie pracujesz, kto Ci opłaci wyjazd, czy byłeś karany itp itd

Po przejściu przez pytania trzeba uiścić opłatę za rozpatrzenie wniosku w wysokości 600zl. Umawiasz się na termin i czekasz na rozmowę,

W Ambasadzie byłyśmy ok 30min przed czasem i bardzo dobrze bo byłyśmy drugie w kolejce, potem naszła się masa ludzi. Najpierw z dokumentami podchodzi się do Pań, które sprawdzają czy wszystko masz, potem pierwsze okienko rejestracja, drugie okienko pobieranie odcisków palców, trzecie okienko ... rozmowa z konsulem. Czekałyśmy na niego ok 20min zanim zaczął pracę, ale ogólnie wszystko szło dosyć sprawnie.

Konsul zadał pytania: Gdzie lecimy, po co , gdzie pracujemy, czym zajmują się rodzice, w jakich krajach już byłyśmy, czy mamy w Stanach rodzinę. Wpisywał cały czas coś do komputera po rozmowie powiedział, że wiza została przyznana a paszporty przyjdą pocztą. I tak właśnie dostałyśmy wizę do USA na 10 lat;)

 

paszport

wtorek, 08 września 2015
Podróż poślubna nie łatwa rzecz...

Wybierania podróży poślubnej to nie jest łatwa rzecz, bo w ten magiczny czas chciałoby się wszędzie.

Od zawsze mieliśmy dwie opcje, które były naszymi faworytami Jamajka i Meksyk. Bo Karaiby...

Postanowiłam złamać to przekonanie i znaleźć coś równie pięknego i egzotycznego ale w całkiem innym miejscu.

Jest egzotycznie, jest bajkowo i jest daleko. Wybór zapadł...

 

znz

foto:www.capeclassicstravel.com

12:26, patilove89
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 sierpnia 2015
Bo Punta Cana zachwyca zawsze...

Powrót do raju cieszył mnie tak jak za pierwszym razem. Podekscytowana wsiadłam do air france i wyruszyłam w podróż za ocean. Długi lot przypomniał mi o tym, że tam gdzie lecę jest egzotyka.
Buch żaru i wilgoci jaki poczułam wychodząc z lotniska przypomniał mi jak 4 lata temu stanęłam pierwszy raz na tej ziemi i już w tedy wiedziałam, że to kraj do którego się wraca, mało tego to kraj który się uwielbia.

DSCN1670
Szum oceanu, cieplutka woda, koksowe plamy i bezchmurne niebo towarzyszyło nam przez 7 dni.
Temperatura nie zmieniała się i codziennie było po 30st. W lipcu ponoć nie jeździ się na Karaiby bo pora deszczowa, bo za gorąco i bo wilgotność. Z tych trzeba punktów zgodzę się na ten ostatni.
Szczególnie odczuwalna była w pierwszy dzień, gdzie wychodząc na zewnątrz po prysznicu po 5 minutach byłam cała mokra. Po 2 dniach można się było przezwyczaić. Nie mogłam się jednak przezyczaić do zmiany czasu co jest dla mnie katorgą jeśli chodzi o wyjazdy na zachód. 6h różnicy czasowej daje się odzuć już o godzinie 20 gdzie po kolacji, jedynie o czym marzysz jest pójście spać.
Wspomnienia z pobytu w 2011 przewijały się jak w kalejdoskopie, na nową sięgałam pamięcią do dnia gdzie pierwszy raz ujrzałam tą niebiańską (jak dla mnie) plażę.

eass
Ja wiem, że były Malediwy, była Kuba, były prawie wszystkie Europejskie destynacje, jednak Dominikana ma to coś, to właśnie tu łapiesz bakcyla i po powrocie możesz śmiało stwierdzić, że chcesz więcej, ba! wpadłeś i jesteś uzależniony!
Wróciłam na Saonę, kąpałam się w basenie Karaibów, łowiłam rozgwiazdy, jadłam Langustę i pijłam kokosa, leżąc na najpiękniejszej plaży.
I choć mniej podróżowałam niż w tedy, odpoczęłam. Odpoczełam od wszystkiego co zostało w kraju.
To jeszcze nie koniec, dalej będę jeździć i zwiedzać świat, ale w moim sercu na pierwszym miejscu jest Dominikana, właśnie tam gdzie dopadł mnie ten bakcyl.

 

wtorek, 16 czerwca 2015
Tak gdzie wszystko się zaczęło ;)

A gdyby wrócić tam gdzie wszystko się zaczęło?

Tak gdzie posmak egzotyki zaczarował mnie na tyle, że każdą moją chwilę spędzam na planowaniu wyjazdu.

Tam gdzie było najpiękniej,

Tam gdzie palmy uginają się pod ciężarem kokosów,

Tam gdzie piach biały i delikatny jak mąka,

gdzie ludzie bujają się w rytmach merenque do białego rana,

gdzie leje się rum i cały rok świeci słońce,

miejsce, które pokochałam od pierwszego wejrzenia!

 

Tak zdecydowanie trzeba tam wrócić.

 

dom

 

22:04, patilove89
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Następna planowna podróż: Dużooo nas było... Liczniki


...







How Well Do You Know Your World?


Wyświetl większą mapę