piątek, 26 sierpnia 2016
Nowy Jork czyli w końcu Ameryka!

Dzień 14/15.

 

Lądując rano w Nowym Jorku widzę przez okno wschodzące słońce nad Manhatanem, wow-tylko to przychodzi mi na myśl, setki obejrzanych filmów, ktorych akcje rozgrywają się w tym mieście, setki marzeń w których pije kawę na Times Squere czy przymierzam buty od Louboutina na Fifth Avenue. W końcu dotarłam do miasta, dzięki któremu Stany tak mnie zafascynowały, ponoć NYC można albo kochać albo nienawidzić, ja pokochałam i na pewno kiedyś tu wrócę, nie do L.A, nie do SF, nie do Vegas, nawet nie na Hawaje, ale do Nowego Jorku, miasta, które dotychczas znałam tylko z filmów, a gdy postawiłam tam swoją stopę wiedziałam, że to miasto dla mnie.

***

 

Po wylądowaniu, dotarcie do hotelu okazało się nie lada wyczynem, koszt taksówki między lotniskiem Newark to ok 70$, postanowiłyśmy podjechać pociągiem 12$ na Manhattan a potem taksówką do hotelu Howard Johnson, który znajdował się w China Town.

Nowy Jork jest ogromny, mieszka w nim 8 491 079 osób (Warszawa-1 744 351)

oraz dzieli się na Manhattan, Brooklyn, Bronx, Queen i Staten Island.

Z racji tego, że meldunek był popołudniu zostawiłyśmy bagaże i pojechałyśmy metrem zobaczyć miasto, jak, że mamy ty tylko 5 dni (w tym 2-dniowy) wypad na Niagarę, czasu jest nie wiele. Zaczynamy od spaceru po Wall Street, wieżowce tam zasłaniają świat, czułam się trochę jak w Antylope Canyon gdzie szłam przez wąski kanion patrząc w górę aby dostrzec trochę świata, z jednej strony przerażające ale z drugiej ciekawe.

Podjeżdżamy w miejsce, które zna cały świat z 11.września 2001. Dzisiaj są w tym miejscu dwa duże pomniki z wygrawerowanymi nazwiskami wszystkich osób, które zginęły tamtego dnia, na prawdę smutne miejsce.

 

***

Tego dnia podziwiamy również widoki na Manhattan i Brooklyn Bridge oraz Statuę Wolności.

Jesteśmy wykończone więc wracamy do hotelu na krótką drzemkę, kolejna zmiana czasu i nie przespana noc w samolocie odbija się na nas i walczymy ze sobą czy naprawdę chcemy wstać z łóżka. Jednak chęć poznania miasta jest silniejsza i decydujemy się na powrót metrem do centrum a tym razem na Times Square, bierzemy mapę miasta i mapę metra i ruszamy w drogę.

***

Z pomocą mapy oraz przechodniów docieramy do Times Squere, trochę inaczej wyobrażałam sobie to miejsce, ale kompletnie mnie nie rozczarowało, serce Manhattanu tętniło życiem, mnóstwo bilbordów, świateł, ludzi.

***

Niestety czas nas goni dlatego postanawiam obejrzeć zachód słońca z najwyższego punktu w tym mieście Empire State building. Cena wjazdu niestety jest wysoka 32$ ale widok rekompensuje nam tą sumkę. Zostajemy tam do zachodu słońca, potem po ciemku wracamy metrem do hotelu.

***


***

To co mnie zaskoczyło wracając wieczorem do hotelu to szczury! Było ich naprawdę dużo, w całym swoim życiu widziałam może dwa szczury, a tam w dwa wieczory widziałam ok 7. Dziwne, że tak duże miasto nie radzi sobie z nimi, ale ludzie sami są sobie winni, bo wystawiają worki na ulice z resztkami jedzenia co przyciąga je jeszcze bardziej. Wracamy do hotelu i idziemy spać, zmiana czasu jest bardzo odczuwalna i w ciągu kilku dni ciężko jest co chwilę się przestawiać.

 

Dzień 16.

Po ciężkiej nocy, wstałyśmy nie wypoczęte, nie mogłyśmy zasnąć. Rano, po zjedzeniu śniadania (tosty z dżemem ) poszłyśmy dalej spać, na miasto wyszłyśmy dopiero ok 13:00, mimo straty połowy dnia, chęć spania była silniejsza od nas. Pojechałyśmy prosto na 5av, długa ulica z sklepami markowymi Gucci, Prada, LV. Zaszłyśmy tylko do 4 piętrowego Hilfigera, ale nic nie kupiłyśmy mimo, iż ceny trochę niższe niż w Europie. Zacięcie szukałam hotelu z mojego ulubionego filmu „Gossip Girl”, gdzie mieszkała główna bohaterka Serena Van der Woodsen, hotel Palace. Z pomocą „lokalsów” udało mi się tam dotrzeć i zrobić sobie zdjęcie na zewnątrz oraz w środku, gdzie panował niesamowity przepych.

***

Po odhaczeniu tej części programu poszłyśmy jeszcze do hotelu, gdzie nagrywano „Kevin sam w Nowym Jorku”, a potem do Central Parku. Park ogromny, przejście przez niego zajęłoby nam godziny... Dlatego byłyśmy tam tylko chwilę.

***

Niestety czas nas gonił i zawitałyśmy tam tylko na chwilę, po czym udało mi się odnaleźć hotel Empire (również z filmu Plotkara), jedna fotka i ruszyłyśmy na prom aby przepłynąć się koło Statuy Wolności, jest możliwość popłynięcia płatnym promem bliżej Statuy za ok 20$ oraz darmowym, który płynie na wyspę. Wybrałyśmy darmowy, ale widoczność była kiepska.

***

***

Po powrocie, krótka wizyta w Subway-u po kanapki i ruszyłyśmy w stronę hotelu. Chciałyśmy iść jeszcze na most Brookliński ale było już późno, a następnego dnia rano jechałyśmy na Niagarę.

 

Dzień 17.

 

Ruszyłyśmy z Chinatown razem z innymi chińczykami na Niagarę, dziewczyny siedziały razem a ja razem z jakimś Chińczykiem, który cały drogę oglądał jakieś tandetne filmiki chińskie przy czym śmiał się na całego.

Dlaczego nie sprawdziłam przed wyjazdem jaka jest odległość między Nowym Niagarą? Co mi strzeliło w głowy? 700 km, z postojami i zwiedzaniem jakiegoś parku zajęło nam to 8 h! Byłam wściekła, dziewczyny chyba też, bo Nowy Jork ma na prawdę dużo do zaoferowania i nie traciłybyśmy tyle czasu w autobusie.

A jak sama Niagara? No ujdzie, wodospad potężny, ładny ale na pewno zamieniłabym ten widok na jeszcze jeden dzień w NY. Zawieźli nas na punkt widokowy a później do hotelu. Na następny dzień od rana siedziałyśmy w tym jednym punkcie widokowym, no fajnie, ale ile można patrzeć na ten wodospad? A pomyśleć, że mogłybyśmy w tym czasie pojechać na Brooklyn, Bronx czy Quenns, których i tak nie zdążymy już zobaczyć. Ok 12:00 zaczęliśmy wracać do NY, 8h, kolejny dzień zmarnowany.

***

***

Dojechałyśmy na 20:00, zmęczone postanowiłyśmy nie poddawać się i zobaczyć przynajmniej Brooklyn Bridge nocą, a noc oznacza tylko jedno- szczury.

Znaleźć wejście na most nie było łatwe, ale oczywiście pomogli lokalsi. Na moście było sporo ludzi, którzy spacerowali i podziwiali widoki. Czytałam, że najlepiej przejść most i nie odwracać się, dopiero na końcu aby zachwycić się nocną panoramą na Manhattan, tak też zrobiłyśmy i było warto. Widok wieżowców, mieniących się tysiącami świateł był naprawdę nieziemski. Stałyśmy wpatrzone w ten krajobraz i każda z nas chciała tam zostać.

 

To był ten moment w którym zakochałyśmy się w tym mieście, mimo milionów ludzi, szczurów na ulicach, wieżowców aż po niebo, ten widok wynagradzał wszystko. Ponoć Nowy Jork albo się kocha albo nienawidzi? Ja pokochałam i wiem, że w odróżnieniu do innych miast, tu na pewno wrócę.

 

Dzień 18.

Tu nasza przygoda się kończy. Ze łzami w oczach ruszamy na lotnisko. To była piękna przygoda. Widziałyśmy wspaniałe miejsca, Zachwycałyśmy się miastem Aniołów, patrzałyśmy z zapartym tchem na napis Hollywood, tańczyłyśmy w Vegas, opalałyśmy się na Hawajach, podziwiałyśmy panoramę NY z Empire.

 

 

PODSUMOWANIE

 

Przemierzyłyśmy 35 tys km, spędziłyśmy w samolocie 34h w samolocie aby spełnić swój amerykański sen. I muszę powiedzieć, że było warto. Cudowne 21 dni, ze wspaniałymi osobami, cudowne krajobrazy i wspaniała przygoda.

Dziękuję wam dziewczyny za tą podróż, bo była najwspanialszą przygodą w moim życiu, nie żałuje ani minuty spędzonej na tym tripie ( no może prócz Niagary ;) ).

Mam nadzieję, że w naszych myślach zawsze będziemy wracać do tego wyjazdu, bo

TAKIE CHWILE JAK TE, NIE ZDARZAJĄ SIĘ ZBYT CZĘSTO!

 

XOXO


 

Ocena wyjazdu: 11/10!!!!

19:18, patilove89 , USA
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2016
Cześć, dzień dobry i kocham Cię-czyli Aloha z Honolulu cz.4

Dzień 12-16.

Siedząc wygodnie w fotelu zastanawiasz się co jest po drugiej stronie kuli ziemskiej. Wiedziesz spokojne życie, wracasz z pracy oglądasz telewizor a gdzieś po drugiej stronie świata właśnie wstaje słońce a biodra bujają się w rytmie Hula.  

12 tys km od Polski, gdzieś na Pacyfiku leżą wyspy gdzie woda łączy się z górami, gdzie zieleń jest najpiękniejszym kolorem, gdzie turkus wody bije po oczach a rano wita Cię szeroki uśmiech rodowitego mieszkańca wyspy. Hawaje.

***

Gdy samolot wzbił się w powietrze, wiedziałam, że za 5h będę w miejscu, o którym nie śniłam w najskrytszych snach, gdy koła samolotu dotknęły pasa na lotnisku w Honolulu, patrząc przez małe okienko zastanawiałam się jak będzie wyglądał świat z drugiego strony globu. 

5 dni na relaks, wypoczynek oraz zobaczenie tego co daje wyspa.

Check in mieliśmy dopiero od 15, więc skorzystaliśmy z czasu wolnego i pojechaliśmy do Pearl Harbor. Niestety to co najciekawsze jest nie dostępne dla turystów, a każda atrakcja typu łódź podwodna jest dodatkowo płatna.

***

Hotel mieliśmy blisko plaży, wieczorny spacer i chowające się słońce za horyzontem.

Na drugi dzień jeżdziłyśmy trochę po wyspie, odwiedzaliśmy urocze miejsca z nieziemskim widokiem, plaże, miejsca nagrania takich filmów jak Lost czy Jurastik Park. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie raz piękne słońce raz deszczyk. Pogoda na wyspie była bardzo dziwna, nad połową wyspy (na szczęście nad plażą) było cały czas słońce, natomiast nad górami wisiały ciężkie, ciemne chmury.

***

***

Do hotelu wróciłyśmy po południu. Nie mieliśmy wykupionych posiłków, więc stołowałyśmy się głównie w Walmarkcie lub Subway-u.  

Trzeci dzień na Hawajach, to totalny chill out, plażowanie i kąpiele. Ceny leżaków przeszłe same siebie więc leżałyśmy na ręcznikach na piasku.


***

Tego było mi trzeba po intensywnym zwiedzaniu dzikiego zachodu. Wieczorny spacer po sklepach, knajpkach, kupowanie pamiątek. Oczywiście ulica z światowymi markami Prada, Gucci, Chanel, panowie otwierający drzwi i kłaniający się myśląc, że kupisz torebkę za 10tys. Centrum Honolulu tętni nocnym życiem. 

Razem z A. postanowiłyśmy wybrać się na wycieczkę do centrum kultury Polinezji (ok 100$).

Centrum Polinezji to kultury wysp, które wchodzą w skład Polinezji Francuskiej, takie jak Samoa, Tahiti,Fidżi, Hawaje, Markizy, Tonga. W każdej wiosce tematycznej grupa studentów pochodząca z wysp, prezentuje "kawałek" swojej kultury. Najczęściej poprzez muzykę lub taniec. Teren parku był na prawdę wielki, chodziłyśmy z mapą a obejście całego parku i obejrzenie wszystkich atrakcji zajęło nam cały dzień. W cenie miałyśmy także lunch, oj jak dobrze było zjeść ryż i kurczaka po tylu dniach żywienia się w fast foodach.

***

Na podsumowanie pobytu był wieczorny show, który trwał ok 1,5h. Show naprawdę zjawiskowe, studenci włożyli wiele trudu w przygotowanie go. Niestety nie można było robić zdjęć. Do hotelu wróciłyśmy ok godziny 22:00. Na następny dzień pakowanie i droga na lotnisko, został nam ostatni punkt naszej drogi- Nowy Jork.

 

Hawaje zrobiły na mnie wrażenie, widoki, plaże, zieleń były niesamowite. Będąc na końcu świata czułam się jak w domu, mogłabym tam zostać i co świt budzić się patrząc na zielone wzgórza. Choć za raj uważam Malediwy, Hawaje zapamiętam na długo, każde miejsce i każdy widok tam schowałam gdzieś na dnie mojego serca, aby kiedyś usiąść w bujanym fotelu i powiedzieć 

TAK...byłam na końcu świata.

 

Ocena: 10/10

21:54, patilove89 , USA
Link Komentarze (2) »
środa, 10 sierpnia 2016
Po Vegas już nic nie wygląda tak samo cz.3

Dzień 9.

Z wielkim smutkiem opuszczamy miasto grzechu, czas jechać dalej, po cichu cieszę się jednak, że wyjazd z Vegas nie oznacza końca naszej podróży, tak to podróż życia, podróż na którą czekałam wiele lat, już w podstawówce po obejrzeniu „Dogonić marzenia”, chciałam tak jak bohaterki dogonić swoje marzenia i wybrać się do USA i czas ten nadszedł właśnie teraz.

Wyjazd z Las Vegas oznaczał kolejny park do zwiedzenia, tym razem miejsce, o którym „piekło” mówi się nie bez powodu. Temperatury, które tam panują sięgają 50'C- Dolina Śmierci. Potężne pasmo górskie z pustynnym terenem. Miejsce to nie jest szczytem marzeń do zwiedzania, ponieważ przez temperaturę, zwiedzanie dłużej niż 15 min to udręka. Oh jak dobrze mieć auto z klimatyzacją.

***

***

Po objechaniu Death Valley jedziemy do Bakerfield, gdzie będziemy nocować Laquinta. Mała miejscowość gdzie na spacer nie miałam już siły. Upał i podróż wykończyła mnie, relaks w basenie i sen. Dziewczyny zebrały się jeszcze aby iść na miasto, ja tym razem odpuściłam.

 

 

Dzień 10.

Kolejny dzień i kolejna trasa. Jedziemy w stronę San Francisco. Po drodze mamy zachaczyć park Sekwoi, park oczywiście ogromny, jedziemy długo stromymi ulicami aby dojechać do Visitor Center. Tam parkujemy i oglądamy ogromne drzewa. Spacerujemy po parku. Choć nie specjalnie interesują mnie takie parki, ogrom drzew robił na prawdę wrażenie. Choć gdybym mogła pominęła bym tą atrakcję. Odległości są tak duże, że nie raz traci się cały dzień aby przemieścić się z miasta do miasta lub z atrakcji do atrakcji.


Dojeżdżamy o miejscowości Readwood do hotelu Good Nite Inn. Standard hoteli mamy na przełomie od 2 do 4*. W każdym hostelu/hotelu jest darmowy internet, kawa, herbata, nie kiedy w cenie noclegu mamy śniadanie, które najczęściej składa się z gofrów lub tostów z dżemem, wszystko na słodko.

 


Dzień 11.

Dojeżdżamy do San Francisco. Po gorących dniach w L.A, upalnych w Las Vegas, czeka na nas kubeł zimnej wody w SF. 15'C zaraz po 50'C w Dolinie Śmierci było odczuwalne jak środek zimy;)

Już na wjeżdzie tłumy bezdomnych rzucają się w oczy. By spacerować po tym mieście trzeba mieć naprawdę dobrą kondycję. Zwiedzamy to co w SF trzeba zobaczyć czyli Lombard Street, rzut okiem na Alkatraz (uwaga radzę rezerwować bilety do Alkatraz z miesięcznym wyprzedzeniem, my tego nie zrobiliśmy i na miejscu można było wykupić taką wycieczkę za 100$ i to tylko w jednym biurze, nigdzie więcej nie było miejsc, cena w internecie -40$), Miasto takie sobie, nie zrobiło nic na mnie szczególnego wrażenia, no może Golden Gate, most fakt- zdecydowany symbol miasta.

***

***

***

Czas umiliłyśmy sobie pobytem w domu strachu i to był dom strachu z prawdziwego zdarzenia, nigdy w żadnym domu strachu tak się nie bałam :) Nie pamiętam nazwy tego domu strachu ale obok było muzeum figur woskowych Madame Tussaud, w którym też byłyśmy.

Jak na muzeum figur woskowych, których zazwyczaj nie lubię odwiedzać, tam na prawdę było fajnie, przy każdej osobie były gadżety do przebrania się i zrobienia zdjęcia. Po długim dniu wracamy do hotelu (ok 40km) daleko, ale ceny noclegów w SF są naprawdę wysokie.

***


Tu kończy się nasza podróż po zachodnim wybrzeżu USA. 11 dni niesamowitych dni, atrakcji, spontanów, parków, wspaniałe towarzystwo sprawiło, że podróż nie była męką, była przyjemnością, o jak się ciszyłam, że na drugi dzień jadąc na lotnisko, nie będę szukać Gate-u z samolotem do Warszawy, ale do Honolulu.

Tak, lecimy na koniec świata, lecimy na HAWAJE!

19:56, patilove89 , USA
Link Dodaj komentarz »
Następna planowna podróż: Dużooo nas było... Liczniki


...







How Well Do You Know Your World?


Wyświetl większą mapę